↑ Powrót do „Ortomistrz”

„Ortomistrz” – dyktando

Oto tekst dyktanda I etapu konkursu „Ortomistrz” z roku szkolnego 2013/2014:

„Błądzić jest rzeczą ludzką, ale…”

Czy kiedykolwiek zastanawialiście się nad znaczeniem słów tej łacińskiej maksymy?  Niejednokrotnie piętnastoipółletni gimnazjalista, nie otrzymawszy pozytywnej oceny z dyktanda, w którym roi się od błędów, popada nieomal w konsternację. Na domiar złego pyta, dlaczego nie ma do nich prawa. Jeżeliby już znał wszelkie reguły ortograficzno-gramatyczne, po co w ogóle miałby się uczyć. Wyczuwa się w tym stwierdzeniu żal i oskarżenie, nie całkiem zresztą słuszne. Poniekąd uczniowie nie wszystko od razu muszą umieć i mają prawo do błędów. Czy na pewno?

Nie wolno zapomnieć o tym, że pierwszoklasista ma prawo nie wiedzieć, jak się pisze wyrażenia: tłuściutka przepiórka, niedołężny Chińczyk, hinduizm wśród uchodźstwa, nowo wybudowany gmach czy ubożuchny franciszkanin. Jeśli jednak ponadpiętnastoletnia panienka popełnia tu co niemiara rażących błędów, nie można tego darować. Czy jej nauczyciel rad nierad ma z pobłażaniem wybaczyć każdą pomyłkę? Skądinąd wiadomo, że niemożliwa jest stuprocentowa znajomość jakiejś wiedzy, a szkoła istnieje po to, aby odzwyczajać od błędów. Cóż wszakże ma począć ów nauczyciel, gdy uczeń czuje niepohamowaną żądzę lenistwa?

Niezadługo skończycie gimnazjum. Musicie zrozumieć, iż człowiek dojrzewa przez to, że sam dąży do eliminowania niewiedzy. Dopóki ktoś chce żyć w błędach i nieświadomości, dopóty nie stanie się dojrzały. Warto pamiętać, że przysłowie ma dalszy ciąg: „(…) trwać w błędzie to rzecz diabelska, czyli niegodna człowieka”.

🙂

Oto tekst dyktanda I etapu konkursu „Ortomistrz” z roku szkolnego 2012/2013:

Międzygimnazjalny Konkurs Ortograficzny „Ortomistrz”

         Już po raz dziesiąty (ew. 10.) w murach tej szkoły ekstrazdolny uczeń pisze arcytrudne dyktando. Wcześniej ów uczeń, rad nierad, niespieszno (ew. nieśpieszno) poznawał – skądinąd niełatwe – zasady polskiej pisowni, a czasem w okamgnieniu rozwiązywał nie najłatwiejsze zadania ortograficzne. Niecodziennie zdarza się mu okazja, by zdobyć tytuł „Ortomistrza”. Nie zostaje się nim ni stąd, ni zowąd czy też znienacka bądź będąc tylko niby-mistrzem.

         Dziewięcioletnia tradycja konkursu zobowiązuje do wyszukiwania coraz to nowych, trudnych wyrażeń. Były już u nas teksty, sprawiające gimnazjalistom nie lada kłopoty.
O jajkach na półmiękko, niepohamowanych żądzach Hieronima lub małomównym Hubercie i jego chimerycznej małżonce tudzież minireportaże szkolnych reportażystów.
A w tych tekstach roiło się od trudności. Nie każdy radził sobie z zapisaniem niektórych wyrażeń, jak na przykład (ew. jak np.): gżegżółka i pierzasta piegża, wataha antyterrorystów i kohorta bakterii, mikołajki i śmigus-dyngus, białostoczanin czy mieszkaniec Żywiecczyzny, nicnierobienie w Zaduszki oraz obieżyświat, który przemierzył wzdłuż i wszerz zachodnie wybrzeże. Przebrnęliśmy też przez hożego guasi-Hongkończyka, stojącego nieopodal MSZ-etu, który czmychnął do WC (ew. w.c.). Ktoś stał vis-à-vis (ew. vis-a-vis) kościoła, a nawet jadł naprędce kotlet de volaille (ew. dewolaj).
Nie raz, nie dwa ów uczeń główkował.

        Nie zżymajmy się już z powodu supertrudnej macierzystej pisowni. Nie swarzmy się na próżno o wybór należytej deklinacji czy koniugacji. Cieszmy się, że znaleźliśmy się dziś w gronie mistrzów! Gratulacje!

😛

Oto tekst dyktanda I etapu konkursu „Ortomistrz” z roku szkolnego 2011/2012:

„To miała być niezapomniana kolacja”

               Ów dzień należałby do najpiękniejszych w życiu dwudziestojednoipółletniej Mai, gdyby nie… . Po kolei.
                Po południu spomiędzy kopert wydobyła tę ozdobioną ni to pękiem róż,
ni to piwonii. Zaproszenie na kolację dla dwojga na jutro o wpół do ósmej wieczór. Wpółprzytomna rozpoczęła przygotowania: czarna minispódniczka czy żakiet z żorżety? Beżowe sandałki rzymskie czy purpurowozłociste półbuciki? Zdecydowała w okamgnieniu.

               Następnego wieczoru ruszyła do nowo wybudowanej restauracji „Pod  Herbacianą Chryzantemą”. Dotarła punktualnie, niepodobna było się spóźnić. Maurycy już czekał. Przyjechał nowiusieńkim oplem, zaparkował nieopodal kościoła Najświętszej Marii Panny, usiadł naprzeciwko wczesnobarokowego portretu i poprosił o menu. Podeszła chyłkiem, ujrzała napis: „Dla VIP-ów” i zwątpiła.
– Kimże jest mój Maurycy? Czyżby czyhała na mnie zasadzka? Może to jakaś pseudoniespodzianka?
Ni stąd, ni zowąd młodzieniec znalazł się tuż obok. Zaprowadził ją do sali trzy-
i czteroosobowych stolików, które oddzielały niby-żaluzje. Zamówił ekskluzywną kolację;
dla niej kotlet de volaille (dewolaj) z sałatką z rzeżuchy, jarmużem i żeń-szeniem, dla siebie sushi, a także odżywcze bakłażany na parze. Jedli, rozmawiając o paryżankach lansujących modę, nowej kolekcji Armaniego, ale i też o nicnierobieniu w weekendy,
o szaroburych kałużach rozlanych wzdłuż i wszerz naszej ulicy. Jednak dwuipółgodzinna rozmowa nie dała odpowiedzi na nurtujące ją pytania.

             Tymczasem do restauracji wtłoczyła się grupka supernastolatków. Młodzież wykrzykiwała wniebogłosy.  Przyszło więc płacić rachunek, na którym podano ceny netto plus VAT. Usłyszała znienacka:
– Majko, nie wziąłem portfela ani pieniędzy, ani karty kredytowej. Zapłacisz?
Żachnęła się. Zapłaciła.

         Wpółżywa wróciła do domu, myśląc o niby-randce i półszarmanckim, półwyrachowanym Maurycym.