↑ Powrót do Terapia pedagogiczna

Tydzień Świadomości Dysleksji – dyktanda

Oto dyktanda klas, które zostały wyróżnione w konkursie na ułożenie najciekawszego, najśmieszniejszego
i najbardziej interesującego dyktanda pt. „Dysleksja nie może być wymówką”:

Klasa 3a

Niedaleko pewnego uroczego, małego miasteczka Szczebrzeszyn, znajdował się duży las. Budził we wszystkich przerażenie i strach. Ich powodem była mieszkająca tam Dysleksja… Nikt tak naprawdę nigdy jej nie ujrzał, ale bali się jej wszyscy. Rodzice straszyli nią dzieci, dziadkowie wnuków, ciocie chrześniaków, wujkowie siostrzenice.
Szczebrzeszyn był spokojnym miasteczkiem, a w jego herbie znajdowała się gżegżółka. Jej podobizna znajdowała się na honorowym miejscu. Burmistrz Szczebrzeszyna, Henryk i jego żona Honorata, hodowali gżegżółki i żółwie. Wiele lat wcześniej mieli także chrząszcze i harty, ale to już inna historia. Wszyscy mieszkańcy kochali śpiew gżegżółki i zachwycali się nim przy każdej okazji.
Pewnego dnia huknęła okropna burza i słychać było grzmoty. Mieszkańcy zgromadzili się w miejscowej stołówce. Próbowali wytypować, kto z nich przejdzie przez las i sprawdzi, czy gżegżółki burmistrza są bezpieczne. Problem tkwił w tym, że jedyna przejezdna droga do domu Henryka prowadziła przez las…
Blady strach padł na szczebrzeszynian. Każdy zapomniał o honorze miasteczka i nie zgłaszał się na ochotnika. Honorata spojrzała błaho na Henryka i powiedziała:
– Musisz iść do naszych ukochanych gżegżółek. Grażynka, Grzegorz, Błażej i Joachim liczą na Ciebie. Dysleksja nie może być wymówką…

 Klasa 3b

Przede mną jutro trudna klasówka.
Kuć muszę, bo to sprawdzian z ortografii
lecz mam dysleksję i ciutkę dysgrafii,
czasem mam problem z trzymaniem ołówka.

Mózg mój zawalić chciałem regułkami,
a tu nadciąga rodzinne tsunami.
Najpierw wpuściłem Lusię. To moja ciotunia.
Był z nią maluszek chłopak, no i suczka Bunia.

Dziadziuś i babunia przyszli chwilę potem,
a suczka już śmigała to tam, to z powrotem.
Babuni dałem buzi, zjadłem trzy kremówki,
a w końcu spróbowałem kruchutkiej karkówki.

Dzidziuś cioci Lusi, tłuściutki, milutki
rozkręcał paluszkami mój budzik nowiutki.
A suczka w kuchni żuła mój piękny rysunek.
Dziadziuś wciąż pytał czy będzie jakiś poczęstunek.

A kochana babunia spytała mnie- wnuka
czy fajnie jest w szkole, jak mi idzie nauka.
A Lusia – gdzie się podział pieluszek pakunek
i czy mógłbym jej skoczyć po jakiś sprawunek.

Suczka skradła ze stołu kawałek arbuza,
maluch skacząc z tapczanu nabił sobie guza.
„A jak wrócisz syneczku, nie można wykluczyć,
że będzie trzeba się troszkę pouczyć”

Co tam dysleksja, co mi tam dysgrafia,
gdy dużo ćwiczę nie straszna mi ortografia.
Rodzina wyszła, notatki przejrzałem
i trudne dyktando dobrze napisałem.

Klasa 2d

W ów dzień Henryk – dyslektyk usiłował napisać w szkole arcytrudne dyktando. Nie było ono niespodzianką, zostało zapowiedziane przez nauczycielkę języka polskiego, lecz nie uczył się, nie powtarzał. Myślał, że ze względu na zdiagnozowaną dysleksję nie grozi mu ocena niedostateczna. Całymi dniami przesiadywał przed komputerem, lekceważąc tak ważną naukę. Jednakowoż z dnia na dzień żył w coraz większym stresie, chyba bał się konsekwencji niebywałego lenistwa.
Aż w końcu Henryk musiał spojrzeć na nie trudne, ale nieprzeciętnie trudne dyktando. Okazało się, że w słowie mrówka popełnił aż trzy błędy. Jedyne słowa, które napisał dobrze, to własne imię i nazwisko. Długo wracał do domu, znużony musiał stanąć twarzą w twarz ze zdenerwowaną matką, która dała mu niewyobrażalny szlaban. Cały wieczór starannie poprawiał dyktando, ponieważ każde źle napisane słowo, a było ich mnóstwo. Musiał napisać sto sześćdziesiąt trzy razy i przyrzekł sobie, że już nigdy w życiu nie zlekceważy dyktanda z powodu dysleksji. Po długich przemyśleniach Henryk postanowił zacząć się poważnie uczyć. Nawet wieczorami, gdy słońce zachodziło za horyzont, a chmury nie wróżyły deszczu, wychodził na podwórko i uczył się ortografii.